Zacznijmy od partii:
Runda 1 - czarne z Michałem Matuszewskim (2316)
Cóż, rozstawienie zrobiło swoje i przyszło mi walczyć z turniejową "trójką". Z debiutu wyszedłem całkiem nieźle, potem miałem możliwość wzięcia ofiarowanego piona. Z obawy przed komplikacjami (źle policzyłem warianty) nie podjąłem wyzwania. W pewnym momencie przeciwnik napadł na mojego piona na skrzydle hetmańskim i gra się skończyła - ale nie dlatego, że pionek padł. Zwyczajnie przestałem wcielać swoje pomysły w życie, miast tego ograniczyłem się już tylko do reakcji na groźby przeciwnika, coraz to nowe. Pozycja przez takie tańczenie do melodii oponenta szybko się pogorszyła, następnie ładna ofiara jakości i moja pozycja nie nadawała się już do niczego.
Ogólnie nie było tragedii, zwyczajnie przeciwnik podporządkował mnie swojej woli. Dobry zawodnik by takiej pozycji po debiucie nie przegrał.
Runda 2 - białymi z Jerzym Kanachem (1433)
Dla kontrastu przeciwnik "słabszy" od poprzedniego o blisko 900 punktów. O perypetiach ze zdrowiem przeciwnika pisałem kilka postów wcześniej, powtarzać się nie będę. Z perspektywy czasu widzę, że za bardzo chciałem zakończyć partię już w debiucie. W związku z tym zagrałem odrobinę ryzykownie i chociaż udało się zdobyć jakość, to aktywne figury przeciwnika były niezłą rekompensatą. Realizacja przewagi szła słabo - sporo pasywnych posunięć, decentralizujących figury. Być może czarne stanęły odrobinę lepiej mimo deficytu materialnego. Przeciwnik grał jednak dość dziwnie, cofał się do tyłu, a później jeszcze podstawił figurę.
Ciężko coś dobrego napisać o tej partii, była raczej słąba z obu stron. Musiałem wygrać i jakoś się udało.
Runda 3 - białymi z Janem Adamskim (2300)
Kojarzenie spłatało mi figla. Mój przeciwnik jest niezwykle utytułowany, choć ostatnimi czasy odrobinę obniżył loty - sporo remisów z gorszymi zawodnikami. Mimo to siła gry wielka. Z debiutu udało się wyjść dobrze, przeciwnik wybrał wariant boczny w obronie sycylijskiej ( 2 ... e6) i biegał hetmanem po całej szachownicy. Poczułem się pewnie i zaproponowałem wymianę hetmanów, co całkowicie wyrównało pozycję, a jednocześnie było początkiem mojej zguby. Każde posunięcie przeciwnika było celowe, a przy tym wykorzystywał dezorganizację moich figur i ostro przycisnął. Pogubiłem się i znalazłem prędko w przegranej pozycji.
Dobra lekcja. Przeciwnik znakomicie wykorzystał moją słabą grę. Partia wręcz podręcznikowa, z gatunku jak karać bezplanowe, sztuczne ruchy. Mimo porażki byłem nią urzeczony.
Runda 4 - czarnymi z Ryszardem Tomczykiem (1608)
By liczyć się w turnieju, znowu musiałem wygrać. Mój przeciwnik nie gra zbyt dobrze (dziwnie to dobre słowo) i w związku z tym postanowiłem wypróbować nowy debiut - padło na obronę Grunfelda. Trudno mówić o poważnym teście - przeciwnik nie zna teorii, więc czarne szybko wyrównały. Musze jednak napisać, że pozycja średnio mi się podobała. Niby dynamiczna, ale zwyczajnie "nie moja". Białe grały dość słabo i ograniczały się do jednoruchowych straszaków. W efekcie wymieniły swojego dobrego gońca, wyprowadziły skoczka na bandę (stał tam ok. 20 ruchów) i ogólnie strategicznie stanęły źle. Koniec końców zdobyłem jakość za pionka z dobrą pozycją, która szybko przekształciła się w wygraną, ponownie na skutek błędów przeciwnika.
Niewiele ta partia, oprócz punktu, dała. Zwyczajnie przeciwnik aktywnie pomagał w zwycięstwie. Niby nic nie podstawił, ale strategicznie...
Runda 5 - białymi z Rafałem Szymczakiem (2025)
Dopiero od 5 rundy tak naprawdę turniej się zaczyna. Wcześniej przeciwnicy albo za mocni, albo za słabi

. Przeciwnik znany z robienia bardzo wielu remisów, zarówno z dużo silniejszymi jak i słabszymi. Z połówki byłbym zadowolony, ale przed partią przygotowałem sobie kilka wariantów. Nie zaistaniły one jednak na szachownicy - przeciwnik wybrał gorszy wariant w skandynawskiej (3 ... Hd6), którego wad jednak nie wykazałem. Szybko otrzymaliśmy pozycję z pogranicza gry środkowej i końcówki. Była ona wyraźnie lepsza dla białych - słaby pion na b4 u czarnych plus wolniak na a4 zapewniały przewagę w każdej końcówce. Czułem wygodę ojej pozycji, ale zacząłem grać jak partacz. Tragiczna wymiana mocnego skoczka na ograniczonego gońca sprawiła, że moja przewaga wyparowała w dodatku nadziałem się na taktyczną sztuczkę. Tak oto zrodziła się idea poświęcenia figury w zamian za dwa złączone wolniaki, tak wykpiona przez forumowiczów. Zazdrość koledzy?

Udało się wyśmienicie, choć przeciwnik na pewno mógł się bronić lepiej. To tylko pokazuje, jak w praktycznej grze obrona podobnych pozycji jest trudna. Wiele trudnych wariantów do policzenia, tym bardziej że obrona była prowadzona przy wykorzystaniu skoczka.
Podobała mi się ta partia, mimo słabszej gry w środkowej jej części. Rzadko zdarza się okazja do takich ofiar i naprawdę jestem z tego zadowolony. To było po prostu przyjemne wziąć pionka b i patrzeć, jak przeciwnik pewnie wykonuje swoje ruchy, sądząc, że wygrywa. A tu nagle okazuje się, że pozycja jest trudna, miast wygranej...
Runda 6 - czarnymi z Michałem Solnickim (1996)
Długo przygotowywałem się do tej partii. Przeciwnik to zdolny junior, grający naprawdę mocno. Musiałem po debiucie dostać rozsądną pozycję do grania. Jak na złość jednak, przeciwnik nie poszedł w swój ulubiony wariant wymienny w Gambicie hetmańskim, tylko wybrał główną linię. Te jednak znam nieźle, a wariant TMB (7 ... b6) należy do bardzo solidnych. Przeciwnik nie do końca skumał pozycję i zagrał debiut niekonsekwentnie. W efekcie pozycja wyrównała się całkowicie. Gra stała się czysto manewrowa bez cienia przewagi żadnej ze stron. Zaczęliśmy powtarzać posunięcia, ale przeciwnik remisu nie chciał. Począł wolno przenosić figury na skrzydło królewskie, ale nic tam się czarnym nie działo - ba, same planowały coś makiawelicznego. De facto przeciwnik ustawił pomocnika - jego figury ograniczały własnego króla. Drobne przeoczenie, białe pozwoliły przerzucić wieżę na pierwszą linię i koniec - mat, labo gigantyczne straty materialne. Przeciwnik dograł do mata, chwała mu za to!
Nieszczególna partia, dobra ilustracja zasady, że w remisowej pozycji nie gra się na wygraną - bo inaczej się przegrywa.
Runda 7 - białymi z Piotrem Nguyenem (2366)
Złośliwe kojarzenie dało mi okazję ponownie zmierzyć się ze znakomitym przeciwnikiem. Ten jednak nie dał mi żadnych szans. Partię przegrałem jeszcze przed jej rozpoczęciem, w głowie. Grałem oboronę francuską szalenie pasywnie i w efekcie przeciwnik porozstawiał mnie po kątach. Jeszcze desperackie poświęcenie na f7 i żenujące zakończenie, partia trwała nie całą godzinę.
Tragiczna partia, zdecydowanie najsłabsza z rozegranych przeze mnie na turnieju w Milanówku w roku 2009.
Runda 8 - czarnymi z Krzysztofem Wyszomirskim (1683)
Niestety nie miałem jak przygotować się do partii. Interesowało mnie tylko zwycięstwo, a CK nie nadaje się do walki o nie. Ale nie chciałem iść w sycyla nie wiedząc co przeciwnik grywa, jeszcze nadziałbym się na jakiś chory wariant. Niestety, przeciwnik otwarcie dążył remisu. Wybrał pasywny, solidny wariant białymi a następnie wymieniał figury po koolei, nie próbując w ogóle zaostrzyć walki. Liczyłem jeszcze na ogranie go w końcówce, ale ta wcale nie była dla czarnych lepsza. Koniec końców przyjąłem zaproponowany remis - nie chciałem skończyć jak mój przeciwnik w szóstej rundzie.
Partia bez historii. w życiu nie spotkałem przeciwnika tak otwarcie grającego na remis, tym bardziej że jest on znany raczej z ataku za wszelką cenę.
Runda 9 - białymi z Carlosem Alvarado (2184)
I znowuż kojarzenie mało łaskawe, przeciwnik naprawdę trudny. Byłem pewien, że tylko zwycięstwo dałoby normę na I, ale nieszczególnie w nie wierzyłem. Zwyczajnie zacisnąłem zęby i miałem zamiar postawić bardzo twarde warunki. Byle tylko wyjść z debiutu. To udało się dość prosto i otrzymaliśmy równą pozycję, z szansami jednak dla obu stron. Grało mi się dobrze, a przede wszystkim miałem w głowie plan. Cudowne uczucie. nawet jeśli nie był dobry, to ani jeden mój ruch w fazie środkowej nie był chaotyczny czy losowy. Cały czas trzymałem blokadę na hetmańskim i z wszystkich sił cisnąłem słabego pionka w obozie czarnych, taktycznymi i pozycyjnymi metodami. Dzięki temu przeciwnik był skrepowany i jego kontrakcje miały ograniczony zasięg. Koniec końców doszło do końcówki, która szybko nabrała remisowego charakteru. I tak też zakończyła się partia, napór peruwiański powstrzymany, a norma stała się rzeczywistością - choć to okazało się dopiero wieczorem.
Moja najlepsza partia - żadnego suwania, tylko każdy ruch był przemyślany. 4 godziny ciężkiej walki, a nagroda bardzo miła...
Garść statystyk jutro, wraz z wrażeniami ogólnymi.
_________________
Vishy o opozycji